W poszukiwaniu komfortu, czyli jak się ubrać zimą w góry?

W poszukiwaniu komfortu, czyli jak się ubrać zimą w góry?

Ciepło w surowych warunkach

Uprawianie sportów górskich zimą to zdecydowanie większe wyzwanie, niż działalność w warunkach letnich – a że w górach szukamy wyzwań, stąd rosnąca popularność “zimy”. Niezależnie od tego, czy działamy turystycznie (pieszo lub nartach), czy wspinaczkowo, zagadnienie utrzymania komfortu termicznego będzie jednym z priorytetów. Czynnikami, przed którymi chcemy się chronić, jest niska temperatura, wiatr, wilgoć z otoczenia (mokry śnieg, sporadycznie deszcz) oraz wilgoć generowana przez nasze ciałoCzłowiek zmarznięty narażony jest na całą gamę niebezpieczeństw, począwszy od bezpośrednich skutków hipotermii, przez odmrożenia, na utracie zdolności motorycznych i jej konsekwencjach (potknięcia i upadki z wysokości, problemy z operowaniem sprzętem do nawigacji etc.) skończywszy. Skutki wychłodzenia w sportach górskich sięgają daleko poza ich bezpośrednie fizjologiczne konsekwencje.  Równolegle z zapobieganiem temu ryzyku chcemy, aby nasze funkcjonowanie w górach było w miarę znośne. Wyzwań szukamy w obiektywnych trudnościach, staramy się zoptymalizować nasze przygotowanie. Mówiąc krótko: szukamy odrobiny komfortu w tych surowych warunkach. Działalność zimą nie musi być sztuką cierpienia, a poniżej znajdziecie kilka porad, jak stworzyć do tego korzystne warunki. Komfort termiczny to nie tylko kluczowy aspekt bezpieczeństwa w górach, ale i skuteczności w realizacji celów działania. Oczywiście mam tu na myśli względny komfort – jeżeli chcemy, aby było wygodnie, możemy zostać na kanapie przed telewizorem 😉

W ciężkich warunkach resztki komfortu pozwolą znacznie sprawniej radzić sobie z trudnościami.

Przede wszystkim krążenie!

Nasz organizm stanowi podstawowe źródło ciepła. Ogrzewacze to przy nim drobiazg, zaś ciuchy jedynie izolują nas od tego, co na zewnątrz. Jesteśmy małą elektrociepłownią i w uproszczeniu, dopóki utrzymujemy krążenie na poprawnym poziomie, będzie nam ciepło. Jak pewnie zauważyliście, największy problem z ogrzaniem dotyczy palców nóg i rąk – wynika to z tego, że nasz system grzewczy ma za zadanie chronić przede wszystkim kluczowe dla życia organy i w pierwszej kolejności ogrzewania pozbawiane są te obszary, które są najdalej położone od pompy tłoczącej ciepłą krew, czyli serca. Podniesienie tętna, czyli ruch, powoduje w normalnym stanie organizmu dogrzanie tychże peryferii. Jak łatwo się domyślić, najbardziej wymagające będą sytuacje, w których musimy spędzić dużo czasu bez ruchu: na stanowisku w czasie wspinaczki czy oczekując na pomoc z poszkodowanym. W takim przypadku będą nam potrzebne wyjątkowe środki, ale o tym innym razem. Znacznie częstszą sytuacją, ale również wymagającą pod kątem zarządzania termiką, będzie konieczność postoju po intensywnym wysiłku. Podstawowym wyzwaniem w działalności sportowej jest dla nas utrzymanie pewnego balansu w termice i izolacji – w zależności od tego, jak intensywna będzie nasza aktywność i jaki będzie w danym czasie czynnik chłodzący wynikający ze zjawisk atmosferycznych. Produkcja ciepła przez organizm stanowi tutaj kluczowy czynnik. 

Wilgoć - twój wróg

Produkcja ciepła przez ciało w intensywnym ruchu ma niestety swoje negatywne konsekwencje – generowanie wilgoci. Potliwość, czyli to ile tej wilgoci przy danym poziomie intensywności wysiłku wytwarzamy, jest cechą indywidualną. Warto tu podkreślić, że jakakolwiek wilgoć będzie zawsze problemem pod kątem utrzymania komfortu termicznego. Antycypując dalsze rozważania, całe zawracanie głowy z odzieżą używaną w aktywności fizycznej w chłodnych warunkach, będzie miało na celu między innymi radzenie sobie z ową wilgocią. Odzież nazywana w handlu techniczną lub termoaktywną, charakteryzuje się przede wszystkim zdolnością do szybkiego schnięcia (czyli odprowadzania wilgoci). Mokry kompres blisko ciała drastycznie przyspieszy wychłodzenie, a jeżeli mieliście kiedykolwiek okazję mocno spocić się zimą w bawełnianej bieliźnie, na pewno wiecie o co chodzi. Mokra odzież termoaktywna chłodzi tak samo jak bawełna – podstawowa różnica jest taka, że w dobrze dobranym systemie ubioru odprowadzi tę wilgoć na zewnątrz.  Dodatkowo nasze ciuchy mogą tracić właściwości izolacyjne pod wpływem wilgoci (szczególnie puch naturalny i poniekąd również syntetyczny) i w praktyce działania w warunkach zimowych warto mieć to mocno na uwadze. Naszym celem będzie po pierwsze zapobieganie gromadzeniu się wilgoci w warstwach odzieży, po drugie zaś skuteczne odprowadzanie tej, która pojawi się, z daleka od ciała

Priorytety i taktyka

Mamy zatem jasno określone priorytety: staramy się utrzymywać odpowiedni poziom ruchu i dostosować do niego stopień izolacji jaki dają nam odpowiednio dobrane warstwy ubrania. Więcej ruchu to więcej  generowanego ciepła, ale też więcej potu. Dlatego też dobieramy rodzaj odzieży tak, by nie ograniczać odprowadzania wilgoci. Brzmi to trywialnie, ale znów odnosząc się do naszych osobistych doświadczeń – mimo tego zimą w górach praktycznie każdy marznie. Zimą jest zimno, musimy to zaakceptować. Z czasem prawdopodobnie będziecie w stanie z jednej strony uniknąć zbytniego wychłodzenia, z drugiej tolerować pewien poziom zmarznięcia i przyjąć go za coś standardowego. To nam daje efekt w postaci poczucia względnego komfortu. Jako czynniki ograniczające nasze możliwości regulowania termiki możemy wymienić sprawność działania (nie jesteśmy w stanie przebierać się tak często, aby idealnie dostosować poziom izolacji) oraz wagę plecaka (nie jesteśmy w stanie nosić wszystkich ciuchów, które potencjalnie mogły by się przydać). Mówiąc krótko, funkcjonujemy w warunkach ograniczonych zasobów.

Akceptacja niedogodności to też jakaś metoda na komfort psychiczny w trudych warunkach.

Warstwy i materiały

W góry ubieramy się na cebulkę, czyli warstwowo – o tym słyszymy od lat. Im więcej warstw mamy do dyspozycji, tym łatwiej dostosować izolację. W praktyce sprowadza się to do możliwości regulowania poziomu izolacji w trzech aspektach:

– termicznej, 
– przed wiatrem,
– przed wilgocią z zewnątrz.

Każdy element odzieży ma pod ty kątem swoje specyficzne właściwości. Możemy opisać pewien schemat (dla górnej części ciała): bielizna, warstwa termiczna, warstwa wiatro/wodoodporna, kolejna izolacja (postojowa – stanowiskowa). Dla dolnych partii zwykle będzie to bielizna i warstwa wiatro/wodoodporna. Rzadko będziemy używać na to spodni ocieplających. Ustalmy teraz parę faktów dotyczących materiałów używanych w poszczególnych warstwach:

Bielizna

Jej podstawowym celem jest odprowadzenie wilgoci z bezpośredniego sąsiedztwa ciała. Oczywiście niezależnie od tego pełni funkcję izolacyjną. Jako pierwsza warstwa bierze na siebie bardzo ważne zadanie – jeżeli nie będzie naprawdę “szybkoschnąca”, zadziała jak mokry kompres. Z pewnością bawełna będzie jednym z gorszych wyborów w tym zakresie. Najsprawniejsze będą zwykle tkaniny poliestrowe, czasem trudne do rozpoznania ze względu nazwy handlowe producenta. Zwracamy uwagę na gramaturę, elastyczność i dopasowanie. Bielizna z wełny merino ma niepodważalną zaletę – mniej śmierdzi! Generalnie możemy przyjąć, że bielizna merino będzie odprowadzała wilgoć gorzej niż syntetyczna. Osobiście używam koszulek merino, jeżeli działam kilka dni pod rząd i jest to działalność o średnio-niskim poziomie aktywności. Niestety tutaj ciężko przyoszczędzić, fajnie spisujące się koszulki merino kosztują sporo. Do biegania, na szybkie wyjścia skiturowe wolę założyć syntetyk. Koszulki i kalesony syntetyczne różnią się między sobą poziomem dopasowania, gęstością, gramaturą.  Z czasem pewnie dorobimy się kilku kompletów bielizny, wyrabiając sobie osobiste preferencje, jeżeli jednak wybieramy pierwszy zestaw na zimę warto unikać tych najtańszych. Średnia-dolna półka cenowa już spisuje się bardzo dobrze. 

Merino czy syntetyk? Na kilkudniowe akcje wybieram bieliznę merino, na jednodniowe i intensywne – syntetyki. Polecam modele z długim rękawem i zamkiem pod szyją. 

Izolacja termiczna

Pierwsza warstwa izolacyjna – czyli zwykle rodzaj bluzy, polara, cokolwiek co zakładamy na bieliznę. Tutaj znów dominuje tkanina syntetyczna, poliester, zdarzają się też fajne ciuchy z dodatkiem lub całkowicie oparte o merino. Wilgoć z bielizny trafia na tę warstwę, która “schnąc” przekazuje wilgoć dalej. Warto zwrócić uwagę na stopień dopasowania bluzy – modele elastyczne, obcisłe, będą działały pod tym względem lepiej (podobnie zresztą jak bielizna). Dodatkowo dochodzi funkcja regulacji termiki w sposób aktywny, czyli używanie zamków, suwaczków, kaptura etc. Moimi ulubionymi bluzami są takie z kapturem i zamkiem, pozwalające na fajne dostosowanie izolacji do poziomu aktywności i warunków atmosferycznych. Warto też zwrócić uwagę, iż tkaniny używane do szycia bluz mają różną przewiewność, w zależności od tego jak gęsto są tkane (zwykły polar jest bardzo przewiewny, dzianiny typu stretch zdecydowanie mniej). Te tkane gęściej będą dawały większy komfort jako wierzchnia warstwa przy niewielkim wietrze. O tym, na ile są ciepłe, powie nam zwykle gramatura, czyli w przybliżeniu waga ciucha. Bardzo często na podejściach idę w samej bluzie założonej na koszulkę, nawet jeżeli temperatura jest niska. Dopóki ruszam się, jest mi ciepło, a że jestem ubrany cienko, wilgoć jest dość szybko odprowadzana i odparowuje. 

Dwa popularne modele bluz - Montano Cortina i Patagonia R1

Druga (i ewentualnie kolejne) warstwa izolacyjna – to będą już raczej kurtki, ociepliny syntetyczne lub puchowe. Najczęściej będziemy ich używać w czasie postoju lub aktywności o niskiej intensywności, choć lekkie kurtki syntetyczne przy dużych mrozach dobrze sprawdzą się także na podejściach czy w czasie wspinania. W tym akapicie chciałbym zwrócić uwagę przede wszystkim na różnicę funkcjonalną w materiałach, ale zacznijmy od podstawy działania takich ciuchów: izolację stanowią przestrzenie powietrzne w strukturze ociepliny, czyli krótko mówiąc “loft”. Im kurtka będzie bardziej “napuszona”, tym cieplejsza. Pod względem stosunku wagi do loftu, naturalny puch jest bezkonkurencyjny. Niestety ma poważną wadę, mianowicie dość długo schnie. Mokry traci kompletnie właściwości izolacyjne. Ociepliny syntetyczne schną dużo szybciej, stąd też funkcjonuje mniemanie iż grzeją również jak są mokre – nie do końca jest to precyzyjne stwierdzenie. Kompletnie mokra kurtka z ociepliną syntetyczną również nie będzie izolowała, ale znacznie szybciej przeschnie niż puch naturalny. Dlatego też jako podstawowe ociepliny wolę syntetyki, używam zwykle w zestawie cienkiej kamizelki i lekkiej kurtki (gramatura 60), często je noszę na podejściu czy w czasie jazdy na nartach, zakładam na mokrą od potu bieliznę nie przejmując się zawilgoceniem. Pamiętajmy o tym, aby nie ograniczać możliwości schnięcia takiej warstwy membraną noszoną na zewnątrz – ale o tym dalej. Wadą ocieplin syntetycznych względem puchu naturalnego jest gorszy współczynnik izolacji do wagi i objętości po spakowaniu. Wchodząc w techniczne szczegóły ocieplin syntetycznych – możecie dość łatwo porównać ich właściwości izolacyjne poszukując wartości CLO dla danej gramatury konkretnej ociepliny (w wersjach Primaloftów faktycznie ciężko się rozeznać). Dla zastosowania danej kurtki istotna będzie sama gramatura – ociepliny o grubości 60g/m2 to raczej lekkie bluzy, fajne do noszenia na przykład pod softshellem (lub zamiast niego), zaś 100 czy 130 gram nadają raczej na kurtkę wierzchnią – postojową. Spore znaczenie dla funkcjonalności będzie miał materiał zewnętrzny, najbardziej “pancerne” modele posiadają sporą odporność na przemakanie i uszkodzenia mechaniczne – rzecz jasna kosztem wagi. 

Autor w swoim ulubionym zestawie: bluza stretchowa, kamizelka z ociepliną syntetyczną, softshell i kurtka z ociepliną syntetyczną.

“Prajmalofty” – zimowe wunderwaffe. Kurtki i bluzy z ociepliną syntetyczną okazują się świetnym rozwiązaniem na zimowe aktywności górskie w naszych warunkach beskidzkich czy tatrzańskich. Ich podstawową przewagą nad puchem jest błyskawicznie schnięcie, nic nie stoi na przeszkodzie aby rozpoczynać podejście, wspinać się lub zjeżdżać na nartach w takiej ciepłej kurtce – nawet jeżeli ją trochę zapocimy, szybko przeschnie. Dodatkowo materiał zewnętrzny jest dokładnie taki sam jak w wiatrówkach: gęsto tkany poliester, w dużym stopniu wiatroodporny. Lekkie modele mają z pozoru delikatny materiał, ale moja kurtka trzyma się całkiem nieźle mimo tego że zdarza mi się wspinać w niej na wierzchu w szorstkich tatrzańskim granicie. 

Kurtki puchowe mają kapitalne właściwości izolujące. Podstawowym wrogiem dla nich jest wilgoć, którą sami produkujemy oraz kompresowanie ich pod kolejnymi warstwami odzieży. Zdecydowanie najgorszym rozwiązaniem dla puchu będzie noszenie go pod kurtką membranową – nie dość, że zgniatamy go, to dodatkowo drastycznie ograniczamy możliwość odprowadzania wilgoci na zewnątrz.  Jako, że materiały stosowane jako zewnętrzne w dobrych kurtkach puchowych mogą być naprawdę przyzwoitą barierą przed wilgocią pochodzącą ze śniegu, zawilgocenie puchu stąd pochodzące jest łatwiejsze do opanowania. Wybierając kurtkę puchową będziemy zwracać uwagę przede wszystkim na jakość puchu (najwyższa półka to puch gęsi o rozprężalności 860-900 CUI; współczynnik CUI sprowadza się do objętości, czyli wspomnianego wyżej “loftu”), rodzaj materiałów użytych do szycia kurtki (np. bardzo lekkie poliestry Pertex Quantum lub mocno odporne na wilgoć Pertex Endurance) a finalnie współczynnik ilości wypełnienia do wagi całego ciucha. W praktyce używam kurtek puchowych jako dodatkowego ocieplenia na duży mróz, a w szczególności takie sytuacje kiedy jestem zmuszony dłuższy czas pozostawać bez ruchu. Zakładam je na wierzch wszystkich pozostałych warstw na postojach lub stanowiskach. 

Gruba i ciepła (250 g puchu) kurtka stanowiskowa - fajne rozwiązanie na wspinanie w niskich temperaturach albo biwaki.

Puch czy syntetyk? Jedno i drugie ma swoją specyficzną funkcję. Na bardzo duże mrozy, poza podstawowymi ciuchami z ociepliną syntetyczną, mam także grubą kurtkę puchową, prawdziwego “killera” w walce z mrozem. 

Wiatr i śnieg

Łukasz założył kurtkę puchową na membranę - dzięki temu nie zgniata jej i pozwala dobrze izolować.

Poza mrozem, czynniki atmosferyczne wpływające mocno na nasz komfort termiczny możemy sprowadzić do dwóch elementów: wiatr i śnieg. Sporadycznie możemy spotkać się z opadami deszczu i będą to dość trudne sytuacje, szczególnie jeżeli nas spotka później temperatura spadająca poniżej zera. Skupmy się jednak na standardowych problemach: zamieć, kurniawa, opad śniegu, torowanie. Aby chronić się przed nimi, do wyboru mamy ogromną rozpiętość materiałów i rodzajów kurtek (oraz spodni), które w skrócie możemy sprowadzić do dwóch kategorii: membranowych (hardshell) oraz bezmembranowych (softshell). W przypadku pierwszych, izolacja przed wiatrem i wilgocią opiera się o rodzaj folii perforowanej o otworach tak małych, by przedostawały się przez nie cząsteczki pary, ale nie cieczy. O rodzajach membran i charakterystyce ich działania można przeczytać w wielu miejscach w internecie, jednak uwaga na bzdury marketingowe. Mylące mogą być opisy sprzedawców, którzy często  softshellami będą nazywali odzież z membraną. Najbardziej charakterystycznym mitem, który  funkcjonuje w świadomości użytkowników odzieży outdoorowej jest cały obszar “oddychalności”. Faktem jest, że każda membrana będzie istotnie ograniczała odprowadzanie wilgoci – te lepsze (współczynnik RET) po prostu w mniejszym stopniu. W drugiej kategorii (softshell) ochronę zapewnia jedynie gęsto tkana tkanina. W praktyce różnica będzie sprowadzała się do poziomu odporności na przemakanie i przewiewanie. Odzież bezmembranowa w deszczu przemoknie zdecydowanie szybciej, natomiast z wiatrem poradzi sobie nieznacznie gorzej niż hardshell. To, w jakim stopniu materiał przepuszcza wiatr ,przyjmując w uproszczeniu zwykle może korespondować wprost proporcjonalnie ze zdolnością do odprowadzania wilgoci. Większość kurtek zewnętrznych obecnie posiada dość dobrą impregnację i trzeba przyznać że przy opadzie śniegu (nawet mokrego), sama impregnacja już spisuje się nieźle. Kluczowy jest fakt, iż w warunkach zimowych bardzo rzadko będziemy mieli do czynienia z problemem przemakania z powodu opadu. Softshelle dobrze radzą sobie ze śniegiem (chyba, że jest go naprawdę dużo i jest mokry), mocny wiatr nie stanowi dla nich dużego problemu (choć oczywiście odczujemy, że nie blokują go całkowicie, jak membrany) a pod względem odprowadzania wilgoci biją na głowę odzież membranową. Od wielu lat nie używam kurtek membranowych i z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że poza nielicznymi, wyjątkowymi sytuacjami nie widzę ciągle takiej potrzeby. 

Kurtki softshellowe całkiem dobrze radzą sobie ze śniegiem i wiatrem - tutaj w typowej tatrzańskiej "cwangli".

Softshell czy hardshell? Zdecydowanie soft! Poza bardzo mokrym śniegiem i deszczem lepiej spisze się w warunkach zimowych tkanina bez membrany. “Ceraty” zostawmy na wspinanie w mokrym lodzie albo freeride. 

Nieco inaczej sytuacja będzie wyglądała w przypadku spodni – kopiąc się w głębokim śniegu na wspinaniu, torując pieszo, czy surfując w pałderze na nartach – membrany już będą miały mocne uzasadnienie. Śnieg wcierany w materiał będzie szybko topniał pod wpływem ciepła ciała. Dolne partie ciała przy okazji mniej się pocą niż górne, stąd wady membran doskwierają nam w mniejszym stopniu. Ciągle jednak w typowej aktywności turystycznej (w tym skiturowej) softshelle sprawdzą się świetnie. Spodnie membranowe zakładam na wspinanie, jeżeli mogę mieć do czynienia z poruszaniem w głębokim śniegu, ewentualnie na zajęcia z hamowania czekanem (“dupozjazdy” też kwalifikują się do tej kategorii).

Torowanie w głębokim śniegu to poważne wyzwanie nawet dla membrany.

Buty i skarpety

Zimą stopy stanowią bardzo wrażliwy obszar. Obok palców dłoni, nosa i policzków, prawdopodobnie najczęściej ulegają odmrożeniom właśnie palce stóp. Mogę tu przywołać prawdy oczywiste: bezpieczeństwo zapewnia utrzymanie krążenia i uniknięcie zawilgocenia stóp. Dobre krążenie zapewni nam stały ruch oraz unikanie ucisku w rejonie stóp (uwaga na zbyt ciasne buty, zaciskanie pasków raków czy próby wciskania ogrzewaczy chemicznych na siłę!). Większe wyzwanie stanowi ograniczanie zawilgocenia, bo niestety buty, które nie będą przemakać w śniegu, będą też mocno kumulowały pot. Mimo wszystko najgorszym scenariuszem jest przemoczenie buta. Tu warto zwrócić uwagę na fakt, że buty z miękką podeszwą prędzej czy później moknąć będą – membrana w nich dość szybko przestaje działać jak należy w miejscach zgięcia. Buty ze sztywną podeszwą pod tym względem spisują się zdecydowanie lepiej, nie mówiąc już o modelach z gaiterem (np. Scarpa Phantom Guide). Buty skiturowe to osobny temat – różnią się między sobą rodzajem pianki zastosowanej w botku, przykładowo termoformowalne botki Intuition będą kumulować wilgoć bardzo intensywnie. Co do zasady, podobnie jak w butach wspinaczkowych (wysokogórskich) dwuwarstwowych, problem przemakania butów skiturowych nie dotyczy. Bardzo lekkie buty skiturowe, ze względu na cienki botek będą “zimne”, co niestety źle wpływa na ich przydatność do wspinania. Buty dwuwarstwowe miękkie, z oddychającym botkiem, świetnie sprawdzą się w biwakach – botek możemy wyjąć z buta zewnętrznego, schować do śpiwora, przesuszyć. 

Niezależnie od ilości ociepliny w bucie, w wilgotnej skarpecie, przy obniżonym poziomie wysiłku, będzie nam zimno. Dłuższe postoje po podejściu będą skutkowały szybkim wychłodzeniem stóp i w dalszej kolejności odmrożeniami palców.  W praktyce ściąganie butów na mrozie celem zainstalowania ogrzewacza stanowi spory dyskomfort. Zanim zastosujemy ogrzewacz w sytuacji krytycznej, warto sprawdzić czy w ogóle mieści się w bucie nie odcinając krążenia. W skrajnych sytuacjach polecam pobudzanie krążenia przez rozcieranie stóp, ogrzewanie na brzuchu partnera (wkładamy stopy pod ubranie partnera – rozwiązanie drastyczne, ale mamy tu do czynienia z ryzykiem poważnych odmrożeń). 

Buty z gaiterem, "półtorawarstwowe" to rozwiązanie w sam raz na tatrzańskie warunki.

Kwestia samych skarpet nie jest jednoznaczna. Poza aspektem termicznym, spore znaczenie ma tu sprawa ilości miejsca w bucie: przykładowo dobrze dobrane buty skiturowe zdecydowanie nie powinny pozwalać na założenie dwóch warstw skarpet, a nawet jednej grubszej! Pianka botka skiturowego daje nam sensowną izolację, dlatego też mi od lat dobrze sprawdzają się bardzo cienkie skarpety kompresyjne, oczywiście syntetyczne. Natomiast w butach wspinaczkowych, gdzie tego miejsca jest zdecydowanie więcej, zdarza mi się zakładać dwie warstwy: cienką, syntetyczną bliżej ciała (podstawowa funkcja – odciąganie wilgoci) oraz grubą z merino na wierzch. Nie zapominajmy również o możliwości zmiany skarpety – rzecz jasna, jeżeli są do tego dobre warunki (np. po ostrym podejściu z auta do schroniska, ale przed wspinaniem). Zawsze to trochę mniej wilgoci, choć gromadzi się ona nie tylko w skarpetach ale także w wyściółce i warstwie ocieplającej buta. 

Rękawice

Ilość i rodzaj par rękawic, jakie będziemy zabierać ze sobą zimą w górą, jest mocno uzależniony od rodzaju naszej aktywności. Wspinaczka zimowa jest pod tym względem niezwykle wymagająca, ale o tym dalej. Skupmy się na początek na obszarze wspólnym, który łączy wszystkie aktywności: podejście i postoje. Czynniki, na które chciałbym zwrócić uwagę, są takie jak we wstępie niniejszego artykułu: wilgoć i krążenie. W czasie podejścia (zejścia, generalnie w ruchu pieszym czy narciarskim), nawet jeżeli poruszamy się niezbyt intensywnie, rękawiczki membranowe prędzej czy później skumulują w wyściółce pewną ilość wilgoci. Póki poruszamy się, będzie nam ciepło z uwagi na krążenie (co do zasady!), ale gdy zatrzymamy się – takie zawilgocone rękawice, jakie by grube nie były, dobrze grzać nie będą. Podstawowa zasada, jakiej się trzymam, brzmi następująco: na podejście tylko rękawiczki bezmembranowe. Mogą to być cienkie, stretchowe ale i grubsze, skórzane z wyściółką ocieplającą (ostatnio głównie takie, niestety z kolejnymi sezonami spędzanymi na mrozie marznę w dłonie coraz bardziej). Na postojach pozostaję w rękawiczkach podejściowych, dopóki jest mi w nich ciepło. Później zmieniam na grube, membranowe. Mogą to być zwykłe narciarskie pięciopalczaste, mogą być supergrube “kraby” z wyciąganą wkładką primaloftową. Wybierając rękawice, warto zwrócić uwagę na to jak dobrze są dopasowane do długości naszych palców. Każdy człowiek ma nieco inną dłoń, a od tego na ile będzie ona kompatybilna krojem rękawicy, zależy ile będziemy w stanie w nich zrobić bez zdejmowania. Rzecz jasna największy problem w tym obszarze będą sprawiać rękawice najgrubsze, takie też będziemy nosić gdy będzie rzeczywiście zimno – ściąganie rękawic do byle przesunięcia suwaka w kurtce będzie dysfunkcjonalne, przez ich grubość bardziej zmarzniemy niż ogrzejemy się. Bardzo ważne, aby rękawice umożliwiały nam sprawne operowanie sprzętem, który używamy pod kątem bezpieczeństwa: czekanem, wiązaniami skiturowymi, rączką plecaka lawinowego, karabinkami, przyrządem asekuracyjnym etc. Oczywiście wszystko w miarę potrzeb – tu przechodzimy do rękawic używanych w czasie wspinania. Te stanowiskowe – do asekuracji, będą miały podobne uwarunkowania jak postojowe w turystyce. Łapawice sprawdzają się tutaj umiarkowanie, niewiele jesteśmy w stanie w nich zrobić na stanowisku. Z kolei rękawice do prowadzenia jako priorytetową cechę będą prezentowały właśnie doskonałe dopasowanie do naszej dłoni. Z czasem dorobimy się pewnie wielu par, dobieranych w zależności od charakteru wyciągu, drogi, temperatury, ilości śniegu etc. Osobiście używam od najcieńszych – typowo drytoolowych, przez cienkie stretchowe które zaskakująco dobrze sprawują się przy chwytaniu skały, przez krótkie lekko ocieplane z membraną (np. Simond Sprint), aż po grube rękawice ze sporą ilością skóry i ociepliny, na typowe tatrzańskie warunki i raczej łatwe wyciągi. Rękawice do prowadzenia niszczą się dość szybko, więc poza dopasowaniem dochodzi kwestia finansowa – choć pewnie nie dla każdego to ma znaczenie.  

Gdy już jest naprawdę zimno, wytaczamy najcięższe działa.

Ile i jakie rękawice powinniśmy mieć ze sobą? To bardzo ważne pytanie, bowiem musimy sobie uzmysłowić że od sprawności naszych dłoni zależy w górach nasze zdrowie i życie – począwszy od pracy czekanem, przez sprzęt wspinaczkowy aż po smartfon, często służący nam jako nawigacja (co samo w sobie nie jest złe, ale w pewnych okolicznościach potrafi stanowić bez mała bezpośrednią przyczynę tragedii – o czym szerzej opowiadam na kursach lawinowych czy nawigacji). Rękawic zawsze warto mieć zapas. Przykładowo na turystyczne wyjście na skitury biorę jedną parę podejściowych i dwie pary grubych rękawic: w praktyce zdarza mi się jedną z nich zakładać już na podejściu, gdy w tych cienkich zaczynam za bardzo marznąć w mrozie i wietrze. Zapasowa para jest w plecaku na wypadek zgubienia jednej z podstawowych, ewentualnie gdy te długo noszone zaczną już gorzej izolować z powodu wilgoci. Na wspinanie zabieram dwie-trzy pary rękawic do prowadzenia, które czasem też mogą służyć jako stanowiskowe (póki są suche), dodatkowo na dłuższe przygody jedne bardzo grube “awaryjne-stanowiskowe”. Rękawiczki do prowadzenia na stanowisku lądują pod kurtką, gdzie schną i ogrzewają się, a na ręce zakładam suche. 

Dobrze leżące na dłoni rękawice do skarb - dlatego używam ich do śmierci technicznej.

Jakie rękawice na wspinanie zimowe? Dobrze leżące na dłoni, liczne i niedrogie. Z czasem ponad markę i rodzaj membrany, zacząłem większą wagę przywiązywać do ilości i dopasowania. 

Prezentowany powyżej system stanowi moje rozwiązanie, bazujące na własnych doświadczeniach. Nie lubię marznąć, ale też nie lubię za dużo nosić ze sobą, stąd często szukam kompromisów. Z pewnością nie są to jedynie słuszne rozwiązania, nie wyczerpuję też tutaj wszystkich kwestii związanych z odzieżą i ogrzewaniem (jak np. czapek czy różnych rodzajów ogrzewaczy). 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.